Strona główna » Dla kibiców » Książka

30-03-2010

Hat-trick w meczu z Legią

Z owego burzliwego okresu utkwiła mi w pamięci końcówka sezonu. Było to lato 1998 roku.

Po spotkaniu w Płocku byliśmy w bardzo trudnej sytuacji, jeśli chodzi o nasze utrzymanie w lidze. Jako kapitan zespołu nie mogłem zapisać się w historii Lecha jako ten, który dopuścił do spadku do drugiej ligi. W tych trudnych czasach, gdzie kłopoty ze sprzętem były codziennością, a chłopcy nie dostawali regularnych pensji, trzeba było zespół jakoś skonsolidować, żebyśmy w końcówce sezonu zagrali na miarę naszych umiejętności i możliwości. Na trzy kolejki przed końcem sytuacja była wręcz beznadziejna. Mieliśmy jechać na mecz do GKS-u Katowice, który walczył o europejskie puchary, potem gościliśmy u siebie Legię Warszawa, która walczyła o mistrzostwo Polski. Ostatnim spotkaniem był mecz wyjazdowy z ŁKS-em, który także walczył o mistrzostwo Polski, i to właśnie bezpośrednio z Legią. Pojechaliśmy wtedy na mecz do Katowic, poprzedzając go zgrupowaniem gdzieś w okolicy Górnego Śląska. Staraliśmy się do spotkania w pełni profesjonalnie przygotować, maksymalnie wyciszyć i skoncentrować. Zagraliśmy po tym zgrupowaniu naprawdę dobre spotkanie: strzeliłem głową bramkę na 1:0 tzw. szczupakiem i taki wynik doholowaliśmy do końca. Przywieźliśmy do Poznania trzy bezcenne dla nas – w kontekście ostatnich dwóch spotkań – punkty. Ale było to dopiero preludium do kluczowych momentów walki o utrzymanie. Trzy dni później graliśmy z Legią. Przed meczem z odwiecznym rywalem ze stolicy mieliśmy zgrupowanie w Kiekrzu, gdzie przygotowywaliśmy się do spotkania. Pamiętam, że dyrektor sportowy Roman Jakóbczak przywiózł jakieś pieniądze dla drużyny. Do dziś nie wiem, skąd Jakóbczak nazbierał ich tyle. Domyślaliśmy się tylko, że wziął to, co zostało ze sprzedaży biletów na Legię, bo „wypłatę” dostaliśmy w najprawdziwszym… bilonie. Było to niesamowite, a nawet (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) zabawne wydarzenie, ponieważ otrzymaliśmy naprawdę bardzo drobne nominały, wśród których nie brakowało i pięćdziesięciogroszówek. Cała sytuacja wpłynęła jednak bardzo korzystnie na zespół i dodatkowo nas zmobilizowała. Mieliśmy poczucie, że wreszcie ktoś wywiązał się ze zobowiązań wobec nas – piłkarzy.

Pamiętnego 6 czerwca 1998 roku, przy pełnych trybunach, strzeliłem 3 bramki Legii Warszawa! Wygraliśmy 3:0! Był to pamiętny mecz z dwóch powodów: tak wysoka wygrana z naszym odwiecznym rywalem bardzo nas przybliżyła do utrzymania, a jednocześnie ustrzeliłem mój pierwszy hat trick w pierwszej lidze, i to w takim meczu!

Mecz rozgrywaliśmy w ogromnym upale, choć nie był on tak wielki, jak późniejsza euforia kibiców. Kiedy później bawiliśmy się razem z kibicami, radość sięgała zenitu. Pierwszy celny strzał oddałem na bramkę, za którą kiedyś nie było trybuny, lecz otwarta przestrzeń od strony ul. Ptasiej (dzisiaj stoi tam tzw. czwarta trybuna). Takich chwil się nie zapomina. Wpadłem w pole karne z prawej strony i po kilku zamachach uderzyłem, piłka po drodze odbiła się od nogi kryjącego mnie obrońcy, podbiła się w górę i lobem wpadła po długim rogu do bramki. Następne bramki strzeliłem po przerwie. Drugiego gola zdobyłem po podaniu „Byczka” (Macieja Bykowskiego), który odegrał mi z pierwszej piłki po dośrodkowaniu Maćka Żurawskiego. Uderzyłem po ziemi z lewej nogi. Trzecia bramka padła po doskonale wyprowadzonym kontrataku. Dostałem piłkę już w polu karnym. Najpierw moim słynnym już zwodem „na zamach” położyłem Grzesia Szamotulskiego, później – przy drugim zamachu – przeleciał przede mną Piotrek Mosór i uderzyłem do pustej bramki. Po meczu, gdy analizowałem wszystkie bramki, najbardziej byłem zadowolony z tej ostatniej, bo została zdobyta technicznie, choć podejrzewam, że większość napastników zdecydowałaby się raczej na siłowe uderzenie z pierwszej piłki. Pamiętam też, że po tej bramce wylądowałem na płocie z kibicami, szalejącymi na łuku (kiedyś tam była trybuna z najzagorzalszymi kibicami „Kolejorza”). Biegnąc w ich stronę, myślałem tylko o tym, by skoczyć na płot tak lekko, by korki nie przedziurawiły wiszącej na nim klubowej flagi. Symbole przecież są święte! Podobno kibice Legii po tym spotkaniu chcieli się ze swoimi piłkarzami „rozliczyć” i na przyjazd autobusu klubowego Legii czekali pod stadionem na Łazienkowskiej. Oskarżali graczy stołecznego klubu, że „puścili” nam mecz. Ponoć doszło nawet do rękoczynów. Kompletnie nie pojmuję, skąd te przypuszczenia, skoro z Legią bardzo się nie lubiliśmy, warszawianie natomiast walczyli wtedy o mistrzostwo. Rozgoryczenie „wojskowych” (kiedyś Legia była Centralnym Wojskowym Klubem Sportowym – CWKS) kibiców jednak rozumiem, bo pamiętam, jak nasi fani reagowali, kiedy to my ich zawodziliśmy.

Książka "Piotr Reiss - spowiedź piłkarza" >>

Korzystając z tej strony, wyrażasz automatycznie zgodę na zapis lub wykorzystanie plików cookies. Twoja przeglądarka internetowa umożliwia Ci zarządzanie ustawieniami tych plików. Jeśli nie chcesz, by ta informacja wyświetliła się ponownie, kliknij "zgadzam się".