Strona główna » Dla kibiców » Książka

01-10-2012

Reprezentacja. Grałem przeciwko mistrzom świata!

Mój rozdział poświęcony reprezentacji, jest tak krótki, jak moja przygoda z drużyną narodową. Niemniej jednak jestem i całe życie będę dumny, że mogłem zagrać z orzełkiem na piersi.  

W pamiętnym roku 1998 grałem naprawdę na wysokim poziomie, a do tego strzelałem mnóstwo bramek. Prasa zaczęła się więc rozpisywać o mnie jako kandydacie do reprezentacji. Gdzieś w duchu o tym marzyłem, ale przede wszystkim byłem skoncentrowany na jak najlepszym występie w każdym kolejnym meczu. Gdy dostałem pierwsze powołanie na zgrupowanie reprezentacji, byłem bardzo szczęśliwy. Do Warszawy jechałem pociągiem tak podekscytowany, że aby ochłonąć, kilometr z Dworca Centralnego do hotelu Sobieski – gdzie stacjonowała kadra - pokonałem z całym moim ekwipunkiem pieszo. W hotelu umieszczono mnie w jednym pokoju z Bartkiem Karwanem. Mój pierwszy tydzień na zgrupowaniu reprezentacji pamiętam bardzo dobrze. Trenera widywałem raczej rzadko... Kiedy już opuszczał swój hotelowy pokój, nawet koszulkę miał ubraną na lewą stronę, co prawdopodobnie miało przynieść mu szczęście – przynajmniej tak to nam pół żartem, pół serio tłumaczyli oficjele ze sztabu drużyny. Słyszałem, że po tym zgrupowaniu rachunki wykazały też, że wypiliśmy kilka tysięcy litrów wody. To kwalifikowało się do „Księgi rekordów Guinnessa”...Wszyscy chyba wiedzieli, o co tak naprawdę chodzi. Trener Wójcik za kołnierz raczej nie wylewał…Na pierwszym zgrupowaniu trenowaliśmy na różnych boiskach. Wyglądało to mało profesjonalnie – reprezentacja tułająca się po stołecznych stadionach. Ostatni oficjalny trening, tuż przed spotkaniem eliminacji do mistrzostw Europy, odbył się już na stadionie Legii. Niestety, gdy trener ogłosił „osiemnastkę”, okazało się, że dla mnie nie starczyło miejsca. Wraz z Bogusiem Wyparło, który jako trzeci bramkarz podzielił mój los, staliśmy na płycie boiska, oglądając mecz zza bramki. Obaj byliśmy oczywiście rozczarowani, bo liczyliśmy chociaż na miejsce na ławce rezerwowych. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Miesiąc później otrzymałem powołanie na mecz towarzyski ze Słowacją w Bratysławie. Z Warszawy do Bratysławy udaliśmy się samolotem, co dla krajowych piłkarzy, przyzwyczajonych do wielogodzinnych podróży pociągiem albo autokarem na drugi koniec Polski, było oznaką luksusu przynależnego tylko drużynie narodowej. Ten pierwszy mecz z orłem na piersi kojarzy mi się ze szczególnym wzruszeniem, jakie ogarnia zawodnika, kiedy na murawie słucha Mazurka Dąbrowskiego. Samo spotkanie przebiegało w fatalnych warunkach atmosferycznych. Było przenikliwie zimno, padał mocny deszcz, boisko było zabłocone, a my po kilku minutach byliśmy cali umorusani i mokrzy. Wyglądaliśmy więc tragicznie, ale graliśmy skutecznie. W debiucie w reprezentacji, 9 listopada 1998 roku, strzeliłem bramkę. Wojtek Kowalczyk, z którym grałem w ataku, dołożył dwa kolejne gole i Polska wygrała ze Słowacją na jej terenie 3:1. W pamięci utkwiło mi także zgrupowanie reprezentacji Polski na Malcie. Hertha nie była skłonna puścić mnie na ten wyjazd, ale ja postawiłem na swoim i dołączyłem do biało-czerwonych. W konsekwencji straciłem miejsce w kadrze berlińskiej Herthy. Podczas tego zgrupowania zagrałem w meczu z Finlandią. Na tym skończyła się era moich powołań przez trenera Wójcika.

Korzystając z tej strony, wyrażasz automatycznie zgodę na zapis lub wykorzystanie plików cookies. Twoja przeglądarka internetowa umożliwia Ci zarządzanie ustawieniami tych plików. Jeśli nie chcesz, by ta informacja wyświetliła się ponownie, kliknij "zgadzam się".