Strona główna » Dla kibiców » Książka

02-11-2010

Promyk słońca na pochmurnym niebie (lata 1994–1998) cz.1

W powszechnej opinii najlepsze spotkanie poprzedniej dekady „Kolejorz” rozegrał jesienią 1990 roku, kiedy na swoim stadionie pokonał francuski Olympique Marsylia 3:2.

Miałem wtedy 18 lat i nie mogło mnie zabraknąć na pierwszym meczu tych drużyn na Bułgarskiej. Pamiętam, że sytuację na boisku śledziłem, stojąc na łuku w sektorze 12. Mecz był doskonały. Kibice szaleli z radości, bo Lech wygrał 3:2 z bardzo silnym zespołem w składzie z Jean-Pierre Papinem na czele. Właścicielem i głównym decydentem francuskiego klubu był znany wtedy w całej Europie multimilioner Bernard Tapie. W tym pamiętnym meczu grał też Anglik Chris Waddle, jeden z najlepszych zawodników, jakich widziałem i mogłem podziwiać na Bułgarskiej. Kibicowałem zawsze zawodnikom stricte technicznym. Jednak ten piłkarz wymykał się rutynowej klasyfikacji. Był nie tylko świetny pod względem techniki, ale także – jak na „technika” – wyjątkowo wysoki i znakomicie zbudowany. Chociaż dobrych zawodników widziałem już sporo na meczach z Athletic Bilbao i Barceloną, nie mogłem wprost oderwać od niego oczu, taki miał „ciąg” na bramkę. Z opowiadań wiem, że na mecz rewanżowy ówczesny trener Lecha – Jerzy Kopa, pojechał do Marsylii nieco wcześniej niż cały zespół. Prawdopodobnie celem wyjazdu było sprawdzenie hotelu, w którym miał się zatrzymać zespół. Mecz w Marsylii do dzisiaj osnuty jest mgłą tajemnicy i kojarzy się z serią dziwnych zdarzeń. Kto inny miał grać, a kto inny grał, zawodnicy się pochorowali i w rezultacie spotkanie zakończyło się wysoką porażką Lecha 1:6. O meczu chciano jak najszybciej zapomnieć, ale sprzęt Adidasa przywieziony z Francji służył Lechowi przez długie lata…


Początek lat 90. to okres świetności „Kolejorza”. W latach 1990, 1992 i w „osławionym” roku 1993 poznaniacy sięgali po mistrzostwo kraju. Począwszy od roku 1993, każdy kolejny sezon był już gorszy od poprzedniego. Klub borykał się z ogromnymi kłopotami finansowymi. Dlatego, aby przetrwać, musiał sprzedawać zawodników. Wróciłem do Lecha w roku 1994. Na własne oczy widziałem, jak „Kolejorz” zagrał w pucharach i sromotnie przegrał ze Spartakiem Moskwa 1:5 na własnym boisku. W tym samym czasie Lech przekształcił się w klub jednosekcyjny, po rozstaniu z koleją pracując teoretycznie niby tylko na siebie, ale otrzymując jednocześnie w posagu długi, z których spłatą nie umiał sobie poradzić. Pomimo spełnienia marzeń i częstej gry w pierwszej jedenastce, ten okres gry w Lechu kojarzy mi się głównie z biedą, bałaganem oraz brakiem sukcesów sportowych. Nie był to też dobry okres dla społeczeństwa, które coraz trudniej radziło sobie w nowej gospodarczej sytuacji transformującego się kraju. Polacy – podobnie jak inne narody obszaru dawnego bloku „wschodniego” – po pierwszej fascynacji odzyskaną wolnością, zapragnęli też bezpieczeństwa i ciągłego utrzymywania gwarancji socjalnych. Ludzie powoli zaczynali rozumieć, że kapitalizm sprzyja jednostkom przedsiębiorczym i promuje rywalizację, ale równolegle zmusza do nieustannego wysiłku i elastyczności, a wręcz zmiany dotychczasowego sposobu myślenia i życia. Okazało się, że wolność ma swoją cenę, a nowa rzeczywistość jest trudna do zaakceptowania dla znacznej części społeczeństwa. Państwowe molochy padały jeden po drugim, bezlitośnie skazując ludzi na konieczność szukania nowych szans w życiu. Nowy społeczny porządek i gospodarka rynkowa pociągały za sobą spore koszty społeczne: wzrastające nierówności w dochodach, bezrobocie i wykluczenie wielu grup ludności z głównego nurtu życia gospodarczo-ekonomicznego. Nieżyjący już ksiądz Józef Tischner często podkreślał, że zmiana mentalności naszego społeczeństwa postępuje o wiele wolniej niż zmiany w gospodarce i rozwoju nowych technologii. Zauważał to, czego przeciętny obywatel nie dostrzegał, że po latach zniewolenia nie potrafimy korzystać z odzyskanej wolności, że lęk przed wolnością jest często większy niż lęk przed tyranią. Demokracja to przecież nie tylko wolny wybór, ale i nasza indywidualna za niego odpowiedzialność. Okazało się, że kapitalizm nie zawsze ma – jak chciał premier Balcerowicz – „ludzką twarz”, a ludzie, którzy od lat „zaciskali pasa”, coraz bardziej ubożeli i czuli się coraz bardziej sfrustrowani.
W tej trudnej sytuacji społecznej ludzie buntowali się przeciw przerzucaniu na ich barki ogromnych kosztów transformacji, potrzebowali za wszelką cenę sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie życia. Nie znaleźli go nawet na płaszczyźnie sportowej, stąd całą gorycz i frustrację obrócili przeciwko swoim idolom piłkarskim, którzy także ich zawodzili. W tych czasach na stadion przy Bułgarskiej przychodziło ok. 2 tys. kibiców, będących z meczu na mecz coraz bardziej rozczarowanymi porażkami drużyny, które nastąpiły po latach wielkich sukcesów. Nic więc dziwnego, że trybuny zaczynały świecić pustkami. Uwierzcie mi, że nie ma nic bardziej „dołującego” piłkarza niż gra przy pustych trybunach, jak w meczu z Siarką Tarnobrzeg w sezonie 1994/1995. Przy 300 (słownie: trzystu!) osobach – każde słowo, jakie padnie z trybuny, niesie się, odbija o bandy i dźwięczy w uszach piłkarza jak jakiś gong. Mecz, na którym jest więcej uzbrojonych w hełmy i tarcze policjantów oraz ochroniarzy niż samych kibiców, stawia zawodnika przed trudnym rozrachunkiem: z kibicami i z samym sobą. W takich chwilach pytałem więc czasem samego siebie: „co ja tutaj robię?” W latach 1994-1997 o mistrzostwo Polski stale rywalizowały Legia i Widzew. Po tym jak w roku 1994 „Kolejorz” stał się klubem jednosekcyjnym i zmienił nazwę na PKP Lech, nastąpił „odpływ” sponsorów. Na tę decyzję miał pewnie wpływ fakt, że w nowym klubie pozostały stare długi. Prezes Dolata starał się jakoś wiązać koniec z końcem, by Lech nie zniknął ze sportowej mapy Polski. Piłkarze po meczach nie otrzymywali wypłat, mimo to – wszyscy się starali utrzymać klub na powierzchni. Ten stan trwał długo, nawet bardzo długo. Dość powiedzieć, że na początku tego wieku jego skutki dotkliwie odczuło wielu zawodników, którzy prawdopodobnie nigdy nie otrzymali zaległych pieniędzy od spółki prowadzącej wtedy sekcję piłkarską. Gdy przypominam sobie moje początki w Lechu, to pamiętam, że magazyn był zapełniony sprzętem marki „Adidas”. Pewnie było to konsekwencją dobrych występów z początku lat 90. Inną sprawą było to, że sprzęt był zawodnikom wydawany raczej rzadko, okazjonalnie. Magazynierzy tak bardzo go pilnowali, że panu Geniowi zostało to chyba do dzisiaj, mimo że czasy się zmieniły, a sprzęt stał się dobrem bardziej dostępnym. Pan Geniu zawsze coś trzymał na „czarną godzinę”. Grę w ekstraklasie rozpocząłem więc w butach Adidasa. Później, gdy znane firmy zaczęły dbać, by piłkarze podpisywali indywidualne kontrakty na występy w ich obuwiu, grałem w innych markach. Podpisałem kontrakt najpierw z fi rmą Nike, a następnie z Pumą. Oprócz dwóch pierwszych spotkań (z ŁKS-em i Górnikiem – kiedy grałem bez podpisanego kontraktu), jest jeszcze kilka innych meczów, które pamiętam z mojego debiutanckiego sezonu 1994/95 w lidze z Lechem. W pamięci utkwiło mi też pierwsze spotkanie derbowe z Olimpią na Golęcinie. Stadion ten znałem od dawna, ponieważ był to naprawdę mały skok z Grunwaldu, na którym mieszkałem. Jako dziecko chodziłem tam podpatrywać piłkarzy. Wprawdzie na Golęcin nie przychodziło zbyt wielu kibiców, ale Olimpia grała w ekstraklasie, więc można było regularnie pooglądać „kwiat polskiego futbolu”. Na dodatek stadion na Golęcinie jest pięknie położony, sąsiaduje ze stadionem lekkoatletycznym i kortami tenisowymi, a przebywanie w tak sportowym klimacie stanowiło dla mnie, młodego chłopaka, dodatkową atrakcję. Tamto spotkanie wygraliśmy 2:0. Pierwszą bramkę strzelił Sławek Twardygrosz, drugą – tuż przed końcem spotkania – strzeliłem ja. W tym samym sezonie strzeliłem również bramkę w derbowym spotkaniu z Wartą Poznań na słynnym 40-tysięcznym stadionie 22 Lipca (obecnie
im. E. Szyca), gdzie także wygraliśmy 2:0. Kiedyś Lech grywał gościnnie także na stadionie na Wildzie, ponieważ stary stadion „Kolejorza” na Dębcu nie mógł pomieścić tak licznej publiczności. Na derbowym meczu z Lechem przed takim samym problemem stanęła Warta. Grę w tym historycznym miejscu wspominam z lekką nutką nostalgii. Na ten stadion dawniej chodziłem z ojcem na mecze Lecha. Jako zaledwie kilkulatek wyobrażałem sobie, że kiedyś będę biegał po murawie jak ówczesne legendy klubu.

Korzystając z tej strony, wyrażasz automatycznie zgodę na zapis lub wykorzystanie plików cookies. Twoja przeglądarka internetowa umożliwia Ci zarządzanie ustawieniami tych plików. Jeśli nie chcesz, by ta informacja wyświetliła się ponownie, kliknij "zgadzam się".