Strona główna » Dla kibiców » Książka

01-03-2013

„I na dobre, i na złe” – wszystko, co wiem o kibicowaniu

Jeśli prawdziwego kibica jakiejkolwiek drużyny spytamy, od kiedy jej kibicuje, najczęściej odpowie: „Od urodzenia”. W moim przypadku było nieco inaczej. Moja przygoda z „Kolejorzem” zaczęła się jeszcze wcześniej... 

Kiedy na potrzeby tej książki próbowałem przypomnieć sobie ten „pierwszy raz” na stadionie jako kibic, z pomocą przyszła mi moja mama. Okazało się, że po raz pierwszy byłem kibicem dwa miesiące przed moim przyjściem na świat... Wtedy to będąca w ciąży moja mama Krystyna, razem z moim ojcem, kibicowała Lechowi na meczu wyjazdowym z Hutnikiem Kraków. Lech bił się wtedy o powrót do ekstraklasy. Oczywiście niewiele wtedy byłem w stanie zauważyć... W końcu jednak zdecydowałem się przyjść na świat, żeby już jako pełnoprawny obywatel świętować awans Lecha. „Kolejorz” cieszył się z wejścia do najwyższej ligi pięć dni po moich narodzinach. Mój ojciec – Henryk, który zaraził bakcylem piłki nożnej chyba całą rodzinę, kibicem „Kolejorza” był „od zawsze”. Wspólnie ze swoim starszym bratem Zygmuntem jeździli na mecze Lecha zarówno kiedy grał u siebie, jak i na wyjeździe. Gdy miałem niespełna cztery lata, po raz pierwszy pod opieką taty dotarłem na stadion Lecha na poznańskim Dębcu. Było to 11 kwietnia 1976 roku, a Lech wygrał wówczas po bramce Napierały z Ruchem Chorzów 1:0. Od czwartego roku życia na stadionie pojawiałem się już regularnie, ale niewiele pamiętam z oglądanych wówczas spotkań. Kojarzę za to specyficzną atmosferę przedmeczowych przygotowań. Ponieważ wszystko działo się naprzeciwko Zakładów Cegielskiego, robotnicy całymi grupami prosto z firmy „walili” na mecze. Ci, którzy nie mogli opuścić zakładu, oglądali go z okien, wdrapywali się na płot, a nawet dopingowali z dachu! Pamiętam też słynny zegar, za którym stał jakiś człowiek i co jakiś czas przesuwał jego wskazówki. Nawet mnie samemu wydaje się to dzisiaj niewiarygodne. Przed meczem kibice grali w karty, a do piłkarskich emocji często przygotowywali się za pomocą „napojów wzmacniających”. Taka to była wówczas kultura kibicowania...Na pierwszy oficjalny wyjazd czekałem do 2 maja 1978 roku, kiedy to tata zabrał mnie do Wrocławia na mecz decydujący o wicemistrzostwie Polski ze Śląskiem. Niestety, Lech przegrał 0:1. Pamiętam rok 1980 i fi nał Pucharu Polski z Legią rozgrywany w Częstochowie. Z racji wieku – a miałem wtedy 8 lat – ojciec zdecydował się zostawić mnie w domu. Chyba przeczuwał, co się będzie działo. Lech przegrał 0:5, ale – co gorsza – spotkanie kibicami obydwu skończyło się chyba pierwszą tak wielką „zadymą” między klubów. W tamtych czasach nie było telefonów komórkowych, Internet znany był pewnie tylko niektórym wynalazcom, a władza cenzurowała wszelkie informacje. Dostęp do wiedzy o tym, co wtedy się naprawdę działo, był więc – delikatnie mówiąc – ograniczony. O wielu rzeczach społeczeństwa nie informowało się w ogóle. Ojciec był dla mnie najbardziej wiarygodnym sprawozdawcą z zajść owego tragicznego dnia. Z zapartym tchem, ale także ze smutkiem i niedowierzaniem słuchałem jego relacji o dramatycznych wydarzeniach pod Jasną Górą. Do dziś nie zostały potwierdzone informacje o śmierci kilku osób, ale naoczni świadkowie twierdzili, że nie mogło obyć się bez ofi ar... Mój pierwszy niebiesko-biały szalik, o czym już wspomniałem, udziergała mi na drutach babcia Rózia, kiedy miałem 10 lat. To był prawdziwy rarytas, bo o klubowych szalikach produkowanych maszynowo wtedy można było tylko pomarzyć. Był to więc nie lada prezent. Dzisiaj powraca się do tzw. tkanych szali. Co prawda robi się je na maszynach, ale mają przypominać te pierwsze, najbardziej tradycyjne. Szalika babci Rózi nigdy nie zapomnę. Miał tak wielkie „oka”, że można było przełożyć przez nie niejeden palec. Ten szalik był naocznym świadkiem wielu sukcesów „Kolejorza”. Nie sposób zapomnieć o spotkaniu z 1983 roku z Pogonią Szczecin, które miało zadecydować o mistrzostwie Polski dla „Kolejorza”. Przeżywałem je zarówno jako kibic, jak i – już wtedy – trampkarz Lecha. Po treningu na Bułgarskiej szybko wykąpałem się w szatni i poszedłem na trybuny. Nie było ani jednego wolnego miejsca. Stadion tonący już w jesiennej szarówce dosłownie pękał w szwach. Ludzie, którzy nie znaleźli miejsca na ławkach, siedzieli na schodach. Tam też znalazło się miejsce i dla mnie. Lech spełnił marzenia swoich fanów i dzięki remisowi 1:1 został mistrzem Polski.

Korzystając z tej strony, wyrażasz automatycznie zgodę na zapis lub wykorzystanie plików cookies. Twoja przeglądarka internetowa umożliwia Ci zarządzanie ustawieniami tych plików. Jeśli nie chcesz, by ta informacja wyświetliła się ponownie, kliknij "zgadzam się".